Księga Bohaterowie Pokochaj


Aktualności:




I znów od nowa! Raz jeszcze zamierzam zabrać się za Odrodzenie i napisać je od początku. Będzie to już jego trzecia wersja. Ciekawe, czy tym razem mi się uda...

Jeśli chcesz być informowany o nowościach - dopisz się do Księgi Gości!!!

Spis treści

Prolog, I, II, III,

III: A może to Imperius?


Dodano: sobota, 5 listopada 2011 22:18:06
Napisano: komentarze [3]


Srebrna mgiełka przemykała pospiesznie pomiędzy gałęziami drzew, strącając z nich pożółkłe liście. W mroku nocy kryły się trzy osoby, otulone szczelnie płaszczami. Dwie z nich trzymały się blisko siebie, jedna stała kilka metrów dalej, dopalając papierosa.


— To paskudny nałóg, Draco. — Karcący szept rozbił ciszę na drobne kawałeczki. — Mam nadzieję, że w szkole nie będziesz palił.


Mężczyzna prychnął głośno, rzucając niedopałek na mokre liście i przydeptując go eleganckim, lakierowanym butem.


— Oczywiście, że będę, Miona. Nie zamierzam tego rzucać w najbliższej przyszłości – zbyt wiele przyjemności mi to daje.


Czarownica przewróciła oczami, fuknęła cicho i odwróciła głowę.


— Hermiono, daj spokój… — zaczął Harry, widząc, że była Gryfonka zamierza coś jeszcze powiedzieć.


— Ty się nie odzywaj – nadal nie wybaczyłam ci tego, że zniknąłeś bez słowa na kilka dni! Co ty sobie w ogóle…


W tej samej chwili widmowe stworzenie zatrzymało się u stóp Pottera i przemówiło cichym głosem Ministra:


— Jesteśmy gotowi. Czekamy przy drzwiach wejściowych.


Cała trójka skinęła zgodnie głowami i w tym samym momencie zwierzak rozwiał się, niczym dym. Okularnik spojrzał na swych towarzyszy, chwycił przyjaciółkę za rękę i ruszył przed siebie stanowczym krokiem.


Mógłby iść z zamkniętymi oczami. Tak wiele razy przemierzał te uliczki po zmroku. Tak często badał ich najciemniejsze zakamarki. Droga z parku dłużyła mu się dziś jednak niemiłosiernie. Zwykle chciał, by trwała w wieczność, oddalając przykry moment, w którym stanąć miał w progu domu wujostwa. Tym razem jednak niecierpliwił się, im bliżej byli Privet Driver 4. Wreszcie znaleźli się na głównej uliczce. W mroku zamigotało światło, wydobywające się z różdżek. Były dwie, choć spodziewali się tylko jednej. I ta ciemność…


— Ron tu jest. — Hermiona odezwała się niespodziewanie drżącym od emocji głosem.


— Nie wiedziałem, że nadal ma wygaszacz — mruknął Harry.


— Nigdy się z nim nie rozstaje. Od czasów wojny ma go zawsze przy sobie, jak gdyby był jakimś talizmanem. Kiedy się denerwuje zaczyna się nim bawić. Strasznie nie lubię gdy gasi światło…


Ale on dłużej już jej nie słuchał. Przyspieszył kroku, puszczając jej dłoń, i westchnął cicho, stając na starej, wyświechtanej wycieraczce.


Wyglądało to tak, jak gdyby czas się tu zatrzymał. Wszystko było jak dawniej, z wyjątkiem ogródka i kurzu, pokrywającego okna. Od lat nikt tu nie mieszkał. Dom ukryty był przed mugolskimi oczami – dla nich przypominał ruinę, której nikt nie zamierzał się pozbywać. Przy chodniku stała niewielka tabliczka z napisem: „do rozbiórki”, ale od ponad dwudziestu lat domem nie zainteresowała się choćby jedna osoba.


Pamiętał, jak po wojnie przybył tu z Hermioną. Teleportowali się w środku nocy, rozglądając uważnie, czy aby nikt nie zwraca na nich uwagi. A potem kobieta wyciągnęła ze swojej torebki kilka książek i zadbała, by nikt nie zbliżał się do domu, w którym niegdyś mieszkał Harry Potter. Zaklęcie Nienanoszalności i kilka zaklęć ochronnych. Chociaż nie wiedziała, po co robi to wszystko, nie zadawała zbędnych pytań. Wiedziała za to, jak bardzo zależy na tym przyjacielowi i tylko to się liczyło.


Położył dłoń na klamce i przekręcił ją niepewnie. Hermiona stała tuż za jego plecami, spoglądając co chwila niepewnie w stronę swojego męża.


— Czy jest pani pewna, że dom jest bezpieczny? — Kingsley spojrzał pytająco na byłą Gryfonkę.


Harry zawahał się, odwracając twarz w jej stronę. Kobieta przeniosła spojrzenie z Ministra na czarnowłosego i odsunęła go stanowczo od drzwi. Weszła do środka, unosząc różdżkę, i powiedziała drżącym głosem:


Homenum Revelio.


Nie wydarzyło się nic. Blade światło różdżek rozświetlało wąski przedpokój. Szczyt schodów tonął w mroku, podobnie jak koniec korytarza. Okularnik wyminął ją, podchodząc powoli do drzwi schowka, znajdującego się pod schodami. Otworzył go powoli, unosząc różdżkę i rozświetlając wnętrze pomieszczenia.


Pająki zawładnęły jego dawną sypialnią. Z każdego kąta zwisały smętnie pajęczyny, na których spały smacznie wychudłe owady. Na niskiej półeczce wciąż stały małe figurki ołowianych żołnierzyków. Czarodziej opuścił głowę i przetarł oczy, opuszczając schowek.


Skierował kroki w stronę salonu. Pomieszczenie było zupełnie puste. Stary dywan ginął pod grubą warstwą kurzu. Oparł się o ścianę i kolejny raz westchnął.


— Myślę, że bezpieczniejszego miejsca nie znajdziemy — powiedział spokojnie, spoglądając na byłego Aurora, stojącego tuż obok niego.


— I ja tak uważam — odparł, skinąwszy głową.


— No dobra, fajnie — mruknął Malfoy, wychodząc z cienia. — Zwiedziliśmy tę starą chałupę, i co z tego? Po co nam to miejsce? W ogóle, co to za dom?


Wszyscy spojrzeli na niego, dopiero teraz przypominając sobie o jego obecności. Ron uniósł pytająco brew.


— Co on tu tak właściwie robi? — zapytał ostro. — Słyszałem, że miało o tym spotkaniu wiedzieć jak najmniej osób! Przecież on nawet nie należał do Zakonu! — warknął. — To Śmierciożerca!


— Były — wtrąciła Hermiona, jednak on zdawał się jej wcale nie słyszeć.


— W dodatku drań i kapuś. Nie możemy mu ufać!


Blondyn stał niewzruszony, spoglądając na niego z ukosa. Wreszcie jednak drgnął, znajdując się przy rudowłosym w ułamku sekundy, jak gdyby się teleportował.


— Słuchaj, Wiewiórze — zaczął powoli. — Nie liczę na twoje zaufanie, a tym bardziej sympatię – jest mi to całkowicie obojętne. Chciałem ci jednak przypomnieć, że już niejednokrotnie wyraźnie przedstawiłem swoje stanowisko. Oczyszczono mnie ze wszystkich zarzutów. A kapusiem nie byłem nigdy — fuknął wściekle, chwytając go za kołnierz kurtki.


— Puść go, Malfoy i stań sobie po drugiej stronie korytarza. — Koniec różdżki Harry’ego wbił się w bok mężczyzny.


Szare tęczówki spojrzały najpierw w dół, a potem przeniosły się na twarz Pottera. Pokiwał głową, uśmiechając się cynicznie, i uniósł ręce w górę, odsuwając się pod ścianę.


— Rozumiem, więc, że jestem niemile widziany. Świetnie. Idę sobie stąd w takim razie — prychnął, odwracając się na pięcie i wciskając dłonie w kieszenie swojego płaszcza.


— Przykro mi, panie Malfoy, ale nie możemy pana puścić. Zbyt wiele pan widział — odezwał się Minister, celując w niego swoją różdżką.


Jasnowłosy odwrócił się powoli, mrużąc oczy i zaśmiał się kpiąco.


— I co? Zatrzymacie mnie siłą? Wyczyścicie pamięć i podrzucicie do domu? A może po prostu od razu mnie zabijecie?


— Draco, zastanów się co mówisz! To nie tak… — zaczęła Hermiona.


— Jak dalej będziesz tak pyskował, to osobiście cię ogłuszę, zaknebluję i zamknę w tym schowku. — Harry wszedł jej w zdanie.


— Sam się w nim zamknij, Potter. Przysłużyłbyś się światu! Szkoda, że nie spędziłeś w nim swojej młodości – może byłbyś pokorniejszy.


Ron poczerwieniał, aż po cebulki włosów, jego żona spojrzała niepewnie na przyjaciela. Harry uśmiechnął się jednak lekko i poprawił okulary na nosie. Podszedł do Malfoya i spojrzał mu prosto w oczy.


— Tak się składa, że do jedenastego roku życia spędzałem w tym schowku niemal dziewięćdziesiąt procent swojego życia.


Były Ślizgon otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak zamknął je po chwili. Założył za ucho kosmyk włosów i przygryzł dolną wargę.


— To był twój dom — szepnął z wyraźnym zdziwieniem.


— Dokładniej rzecz biorąc mojego wujostwa. Dumbledore podrzucił mnie tutaj tuż po tym, jak Voldemort zamordował moich rodziców — odpowiedział zupełnie spokojnie.


Malfoy pokiwał głową i odchrząknął cicho. W jego wykonaniu brzmiało to niemal jak „przepraszam”, dlatego też Potter uśmiechnął się szerzej i powrócił na swoje wcześniejsze miejsce.


— Chce pan reaktywować Zakon, prawda? — zwrócił się do Shacklebolta.


Minister pokiwał głową. Podszedł do Hermiony i położył jej dłoń na ramieniu.


— Jak rozumiem, dom jest zabezpieczony przed mugolami? — zapytał, a gdy skinęła potakująco głową, kontynuował: — Co z czarodziejami?


— Myślę, że możemy posłużyć się Zaklęciem Fideliusa tak, jak było to w przypadku Grimmauld Place — odpowiedziała rzeczowo.


— Potrafiłabyś je rzucić?


— Oczywiście. Zakładam, że pan byłby Strażnikiem Tajemnicy?


Mężczyzna uśmiechnął się do niej życzliwie.


— Współpraca z panią to przyjemność — odezwał się, a widać było, że jest już o wiele bardziej rozluźniony.


— Dziękuję i wzajemnie — odparła.


Hermiona wraz z Kingsleyem opuściła dom, rozmawiając na temat nowej kwatery głównej Zakonu. Ron wiercił się niespokojnie na swoim miejscu, spoglądając to na Harry’ego, to na Draco, jak gdyby zastanawiał się, z kim wolałby w tej chwili zostać. Potter przyglądał się ścianom i sufitowi, i uśmiechał się pod nosem, pogrążony we wspomnieniach. Ciszę niespodziewanie przerwał Malfoy.


— Chcę wstąpić do Zakonu.


Oboje mężczyźni spojrzeli na niego gwałtownie. W oczach rudowłosego widać było gniew i niemy sprzeciw, jednak spojrzenie jasnozielonych oczu jego przyjaciela pozostawało nieodgadnione.


— Mogę nawet złożyć Przysięgę Wieczystą — dodał, chwiejąc się na piętach i przybierając znudzony wyraz twarzy. Widać jednak było, że wiele znaczy dla niego odpowiedź i niemal kipi ze zdenerwowania. Wpatrywał się w Harry’ego, ignorując zupełnie Weasleya.


— Świetny pomysł! — rzucił natychmiast Ron.


— To nie będzie konieczne — odpowiedział ciemnowłosy, stając naprzeciw niego.


— Stary, czyś ty zwariował? To przecież Malfoy!


Potter nawet nie spojrzał na przyjaciela, uciszając go stanowczym gestem dłoni.


— Chciałbym móc ci zaufać — powiedział spokojnie, patrząc w stalowe tęczówki.


— Ale nie możesz — odpowiedział Draco.


— Dlaczego?


— Bo mnie nienawidzisz. Tak samo, zresztą, jak ja ciebie — mruknął, wzruszając ramionami. — Poza tym, jestem przecież Malfoyem, nie? — Uśmiechnął się kpiąco.


— Owszem, jesteś. A jednak… — zawahał się.


— Nie no! Ty serio się zastanawiasz? Harry, ocknij się! A może on rzucił na ciebie jakiś czar? Może to Imperius, co? — Zniecierpliwiony Ron podszedł do przyjaciela i potrząsnął jego ramieniem.


— A jednak? — zapytał Malfoy, po raz kolejny ignorując rudzielca.


— Przyda nam się każda różdżka. No i im więcej członków Zakonu w szkole, tym lepiej. Będziecie mogli ochronić naszą młodzież, a na tym ci przecież najbardziej zależało, prawda?


Blondyn uśmiechnął się nieco szerzej, odsłaniając białe zęby i zbliżył się do mężczyzny.


— Chyba jednak nie jesteś tak tępy, jak mi się wydawało — rzucił.


— Mam to potraktować jako komplement? — zapytał ciemnowłosy.


— Broń cię, Merlinie! — zawołał z udawanym przerażeniem. — Gdybym cię skomplementował musiałbym popełnić samobójstwo, a jakoś mi do tego nie spieszno, póki co.


— W takim razie, zgoda — odpowiedział, wyciągając do niego dłoń.


Draco spojrzał na nią, unosząc w górę jedną brew i zaśmiał się krótko.


— Dzięki. — Jego dłonie nawet nie drgnęły, nadal wciśnięte w kieszenie.


Harry uśmiechnął się pogodnie, opuszczając rękę, i skierował się w stronę drzwi. Ron wyminął go pospiesznie, jak gdyby bał się pozostać w tyle z Malfoyem. Wciąż powarkiwał pod nosem, wyrażając w ten sposób swoje niezadowolenie z tego, że będzie musiał współpracować z kimś takim, jak Draco.


— To tak, jak gdyby ponownie przyjmować do Zakonu Snape’a! — prychnął, wymijając swoją żonę i Ministra.


Hermiona spojrzała za nim pytająco, a Potter zaśmiał się głośno.


— Gdyby to było możliwe, chętnie bym go przyjął! — zawołał za przyjacielem.


Kobieta uśmiechnęła się lekko. Kingsley podszedł do jasnowłosego mężczyzny i pokiwał głową z uznaniem, podając mu dłoń, którą ten uścisnął natychmiast, spoglądając znacząco na Harry’ego.


— Mamy przed sobą jeszcze kilka formalności, ale już dziś chciałbym wyrazić swoje zadowolenie z faktu, że zechciał pan do nas dołączyć, panie Malfoy — odezwał się ciepłym, głębokim głosem.


— Cała przyjemność po mojej stronie, panie Ministrze.



~



Jesienne liście tańczyły na lekkim wietrze, opadając z wolna na zziębniętą ziemię. Ostatni dzień sierpnia był naprawdę mroźny, jak gdyby ktoś zapomniał o miesiącu przygotowania i postanowił już dziś włączyć przymrozki.


Gęste, rude włosy falowały na jej plecach, opadając na nie delikatną kaskadą. Poprawiła szalik na szyi i wyminęła kałużę, zbaczając lekko ze ścieżki. Coś zaszeleściło w rachitycznej, gnijącej z wolna trawie. Odwróciła głowę i ujrzała niewielkiego węża, sunącego w jej stronę. Pokręciła głową z niedowierzaniem, wyciągając różdżkę z kieszeni.


Reducto — mruknęła z wyraźnym rozbawieniem.


Wąż zmienił się w kupkę pyłu, którą po chwili zwiał wiatr.


Spojrzała za siebie, uśmiechając się kpiąco, i splotła ręce na piersi.


— Myślałam, że stać cię na więcej.


Chłopiec, stojący naprzeciw niej nawet nie drgnął. Jego mina nie wyrażała żadnych emocji, a oczy zdawały się być zupełnie martwe, jak gdyby były tylko szklanymi guziczkami, takimi, jakie zauważyć można u pluszowych misiów. Nie otworzył ust, by odpowiedzieć, nie mrugnął. Po prostu stał i wpatrywał się w nią, obracając różdżkę pomiędzy palcami. Wreszcie wyminął ją stanowczo, potrącając lekko ramieniem, i skierował się na wzgórze, na którym znajdowała się stara wierzba płacząca.


— O nie! Nie tym razem! — warknęła, celując w jego plecy i petryfikując go niespodziewanie.


W tej samej chwili puściła się biegiem przed siebie, mijając go z głośnym chichotem. Po drodze zdjęła z niego zaklęcie i dopadła do potężnego kamienia, na którym rozsiadła się wygodnie, opierając plecami o gruby pień drzewa.


— Grasz nie fair, wiewióro! — prychnął, stając naprzeciw niej i zaciskając dłonie w pięści.


Jego jasne włosy były rozczochrane, a kurtka poplamiona błotem, w które wpadł. W szaliku zaplątał się zagubiony liść, a na policzkach znać było jaskrawy rumieniec.


— I kto to mówi?! — zawołała, wciąż uśmiechając się z triumfem. — Wąż? Doprawdy, Malfoy! Mógłbyś wymyślić coś oryginalniejszego!


— Wcale nie wyczarowałem tego węża, kretynko! On po prostu spacerował sobie w trawie tak, jak zwykle robią to węże!


Dziewczyna uniosła brwi ku górze, po czym prychnęła znacząco. Nie wierzyła mu, bo czemu niby miała by wierzyć? Zawsze ją okłamywał, manipulował, zwodził i udawał, że wcale nie działa na jej niekorzyść. A prawda była taka, że nie mógł sobie darować nawet podczas wakacji. Każda sytuacja była dobra, by ją upodlić i upokorzyć. Nie mogła nawet w spokoju posiedzieć w swoim ulubionym miejscu! Od najmłodszych lat robił wszystko, by uprzykrzyć jej życie. Choćby odebranie jej wierzby było na to dowodem. Bo oczywistym było, że tak naprawdę nie mógł po prostu lubić tu przychodzić. To ona kochała to miejsce, to ona je odkryła i to ona przychodziła tu rozmyślać!



Jak zwykle wymknęła się z domu tuż po obiedzie, nie mówiąc rodzicom gdzie idzie. Potem znowu usłyszy od nich godzinne kazanie, na temat tego, że jest nieodpowiedzialna i niegrzeczna – siedmioletnie dziewczynki nie powinny biegać bez nadzoru po terenach, których nie znały i mogły się zgubić. Ale ona nigdy nie przejmowała się takimi rzeczami. Wiedziała doskonale, że trafi do domu. Wiedziała, że nic jej się nie stanie. Tak wiele razy już przychodziła pod wierzbę.


Tym razem jednak było inaczej. Już z daleka dostrzegła, że nie jest sama. Obeszła drzewo od drugiej strony i skryła się za pniem, przyglądając się uważnie podejrzanemu osobnikowi, który zajmował jej kamień.


Miał zamknięte oczy i spokojny wyraz twarzy. Jego dłonie, spoczywające do tej pory na trawie, uniosły się lekko nad ziemią, a palce zaczęły wystukiwać w przestrzeni jakiś niemy rytm, który tylko jemu był bliski – bo tylko on go słyszał. A natura zdawała się komponować wraz z nim; ożywiony wiatr wprawiał w ruch wysokie trawy, które szeleściły z taką zawziętością, jakby chciały dorównać opadającym, a to subtelnie wznoszącym się gałązkom wierzby, nucącym senną kołysankę.


— Jesteś dziwny, wiesz?


Chłopiec, usłyszawszy ten pomruk, momentalnie poderwał się z miejsca.


— Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś „grał” na wietrze — wyznał spokojnie nieznajomy głos, a chłopak rozejrzał się uważnie w poszukiwaniu właściciela tych niespodziewanych spostrzeżeń.


— Co cię to obchodzi?! — fuknął urażony, zwężając oczy z irytacji.


Matka niegdyś napomknęła, że to typowy odruch jego ojca.


— Nic. Nic mnie to nie obchodzi. Bo ty mnie nie obchodzisz — stwierdziła cierpko postać, która wyłoniła się zza drzewa. Zapewne siedziała po drugiej stronie pnia. — Nie muszę ci tego tłumaczyć?


Sierp księżyca rzucił kilka świetlistych promieni na filigranową postać dziewczynki. Ta, mimo beznamiętnego wyrazu twarzy i brązowych oczu zwężających się w niewielkie szparki, a to znowu odzyskujących pierwotny kształt – co zapewne miało sygnalizować zdanie w stylu: „Nie podskakuj, mały!” (choć chłopiec nie omieszkał w myślach zauważyć, iż był wyższy od niej o kilka cali), wyglądała dość komicznie w swej krasie. Włosy dziwnego koloru, który balansował na pograniczu brązu i rudego, kilka piegów na nosie i chude nogi, będące ostoją dla krótkiego tułowia. Miała na sobie dżinsy z małą, uroczą łatką na kolanie, czerwony sweterek, na którym królowała litera „R” jaśniejszego odcienia, oraz nieco zzieleniałe adidasy – ów kolor zawdzięczały zapewne mokrej, błotnistej trawie u podnóża pagórka, przez którą z pewnością kroczyła.



Pamiętała to zdarzenie, jak gdyby miało miejsce zaledwie wczoraj. I wiedziała, że on także pamiętał – nie omieszkał jej kilkukrotnie przypomnieć, że komicznie wyglądała w tym sweterku, a łata na jej kolanie od razu powiedziała mu, że ma do czynienia z jednym z Weasley’ów. Brzydziła się nim. A on brzydził się nią.


— Spieprzaj, Malfoy, do swoich komnat. Niech służba przygotuje ci gorącą kąpiel i przyniesie środki odkażające, bo mogłeś się zarazić czymś ode mnie – dotknąłeś mnie przecież — prychnęła, unosząc podbródek do góry z godnością, i odwróciła twarz do niego, splatając ręce na piersi.


Założyła przy tym nogę na nogę i wyprostowała się, wyglądając w tej chwili na starszą i wyższą, niż była w rzeczywistości.


Chłopak przechylił lekko głową i nie mógł powstrzymać się od lekkiego półuśmieszku. Musiał przyznać, że zmieniła się przez te wszystkie lata. Doskonale pamiętał tę jej piegowatą, zabrudzoną twarz i rozczochrane włosy. No i te brudne, znoszone ubrania – w tej chwili z pewnością nie założyłaby niczego podobnego na siebie. Spojrzał na jej gładkie, miedziane loki, lekko unoszone przez wiatr. Lśniły w bladych promieniach słońca, które wyciągało z nich piękne, złociste refleksy. Skóra pociemniała nieco, a piegi pojaśniały znacznie, stając się niemal niezauważalne. Ale on doskonale znał ich pozycje, jak gdyby studiował je dniami i nocami. Złapał się na tym, że myśli o niej i zmarszczył brwi. Wiedział o niej tak wiele, choć byli przecież od zawsze największymi wrogami. I właśnie w ten sposób to sobie tłumaczył, to całe zainteresowanie jej osobą – należy poznać swojego wroga lepiej, niż przyjaciół. Wiedział o tym i korzystał z tej rady, notując w pamięci każdy, choćby najdrobniejszy szczegół, który jej dotyczył.


Spojrzała na niego kątem oka i wciągnęła głośno powietrze nosem.


— Jeszcze tu jesteś? — zapytała lodowatym tonem.


Chłopak ocknął się z zamyślenia i przygładził włosy, drugą ręką wyciągając równocześnie liść z szalika.


— Tylko ci się wydaje, Weasley — odparł równie chłodno, odwracając się na pięcie i ruszając przed siebie.



— James, wiesz kto mieszka za tym wzgórzem?


Piskliwy głosik kuzynki wyrwał chłopca z zamyślenia. Jej bystre, duże oczy śledziły uważnie każdy jego ruch, co jakiś czas spoglądając ukradkiem za okno.


W oddali majaczył niewielki pagórek, na którym rosła wiekowa wierzba. Pamiętał, że kiedyś udał się tam na przechadzkę, jednak zbyt dobrze widać było stamtąd pobliskie domostwa i uznał, że nie jest to dla niego odpowiednie miejsce.


— Dlaczego pytasz, Różo? — zmarszczył brwi, spoglądając we wskazanym przez nią kierunku.


Zza wzgórza wyłaniało się potężne, żelazne ogrodzenie i czubek dachu, pokrytego czarną dachówką.


Dziewczynka wzruszyła ramionami, robiąc niewinną minę.


— Z ciekawości… — odpowiedziała cichym, niepewnym głosem.


Potter podniósł się z krzesła i podszedł do niej, kucając przed nią i kładąc dłonie na ramionach.


— Nie chodź tam nigdy. Na to wzgórze także. Nie próbuj zaprzyjaźnić się z tym, kto mieszka w tamtym domu. Nie przyniesie ci to nic dobrego. Będziesz tego tylko żałować — wyrzucił z siebie pospiesznie, patrząc na nią twardym wzrokiem. — Obiecaj mi, że tam nie pójdziesz i nie będziesz rozmawiać z chłopcem, który tam mieszka — powiedział nieco ciszej, uśmiechając się do niej ciepło.


Mała zmarszczyła brwi, zaciskając mocno usta. Widząc jednak natarczywe spojrzenie kuzyna, skinęła niepewnie głową i odsunęła się od niego nieznacznie. Po chwili uciekła do swojego pokoju, usiadła na okiennym parapecie i długo patrzyła na białą rezydencję, majaczącą w oddali.




Szablon wykonała Chadowa Daf


2011
sierpien (2)
październik (1)
listopad (1)